Ech... już miałam nadzieję, że wena zagości wreszcie w mojej duszy a tu niespodziewanie ominęła mnie szerokim łukiem. Zatem znowu siedzę i dumam... i czekam aż cel przyjdzie do mnie. Opadłam z sił całkowicie. Brakuje mi energii do wykonywania najprostrzych czynności życiowych. Czuję, że rozpadam się wewnętrznie... Chyba zamknę się w szafie z butelką wina i nigdy więcej nie ujrzę światła dziennego. Nadal będę zamawiać pizzę trzy razy dziennie z dostawą gratis i czekać na lepsze czasy... może kiedyś nadejdą.
Doskonale zdaję sobię sprawę, że sedno całego nieporozumienia tkwi w przegranej walce na starcie. Pewnie dlatego nie lubię początków... końców zresztą nie lubię jeszcze bardziej...

A może lepiej zamknąć się w kanapie, można się przynajmniej położyć
OdpowiedzUsuńNa leżąco trudno jest pić wino, a ja nie lubię sobie życia utrudniać;-)
OdpowiedzUsuńZawsze można sięgnąć po słomkę
OdpowiedzUsuń...albo wybrać się do Francji po Burgund w kartoniku;-)
OdpowiedzUsuńmasakra z tym winem francuskim
OdpowiedzUsuńPopłynęli po całej linii...
OdpowiedzUsuńWena już nadciąga ..........jest blisko.....
OdpowiedzUsuńTak... czyha na mnie za każdym zakrętem
OdpowiedzUsuń