poniedziałek, 8 czerwca 2009

los

Ech... już miałam nadzieję, że wena zagości wreszcie w mojej duszy a tu niespodziewanie ominęła mnie szerokim łukiem. Zatem znowu siedzę i dumam... i czekam aż cel przyjdzie do mnie. Opadłam z sił całkowicie. Brakuje mi energii do wykonywania najprostrzych czynności życiowych. Czuję, że rozpadam się wewnętrznie... Chyba zamknę się w szafie z butelką wina i nigdy więcej nie ujrzę światła dziennego. Nadal będę zamawiać pizzę trzy razy dziennie z dostawą gratis i czekać na lepsze czasy... może kiedyś nadejdą.

Doskonale zdaję sobię sprawę, że sedno całego nieporozumienia tkwi w przegranej walce na starcie. Pewnie dlatego nie lubię początków... końców zresztą nie lubię jeszcze bardziej... 

8 komentarzy:

  1. A może lepiej zamknąć się w kanapie, można się przynajmniej położyć

    OdpowiedzUsuń
  2. Na leżąco trudno jest pić wino, a ja nie lubię sobie życia utrudniać;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawsze można sięgnąć po słomkę

    OdpowiedzUsuń
  4. ...albo wybrać się do Francji po Burgund w kartoniku;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. masakra z tym winem francuskim

    OdpowiedzUsuń
  6. Popłynęli po całej linii...

    OdpowiedzUsuń
  7. Wena już nadciąga ..........jest blisko.....

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak... czyha na mnie za każdym zakrętem

    OdpowiedzUsuń